Znajdziesz tu coś o postarzaniu i ozdabianiu mebli poprzeplatane drobnymi życiowymi przemyśleniami i szczyptą humoru, ale nade wszystko jest to blog poświęcony mojej skłonności do decoupage.
poniedziałek, 28 marca 2011
Bardzo nie lubiłam wchodzić  na blogi i czytać o przenosinach, bo wchodzi człowiek napalony żeby zobaczyć, co kto wytworzył a tu  przenosiny. ale w końcu i ja podjęłam taką decyzję z jakich powodów oszczędzę wyjaśnień, bo to już nieważne. Mogę być posądzona o posiadanie robaków, bo jak nie zmiana szablonu to zmiana bloga a wszystko po niezbyt długiej  mojej bytności tutaj, ale trudno. Wiele znajomych linków zabieram ze sobą, bo kryją się za nimi fantastyczne osoby i nie zamierzam zrywać takich kontaktów no i oczywiście zostawiam mój nowy adres i zapraszam.

http://decobakcyl.blogspot.com/







Tagi: decoupage
10:54, kraszynka
Link Komentarze (4) »
sobota, 12 marca 2011
 

Bieszczady o tej porze roku to zgodnie z moimi prognozami kopalnia ciszy, która jest w stanie doprowadzić do równowagi psychicznej każdą formę życia z najwyższym nawet stanem pobudzenia emocjonalnego. Można też zdalnie korygować i symulować własne zachowania w przeszłym lub przyszłym życiorysie, bo nieźle wychodzi to na odległość. Super zabawa szkoda tylko, że na żywym organizmie, we właściwym miejscu i o właściwej porze trudno o takie efekty. Jednak zgodnie z oczekiwaniami frustracje zostały przepędzone na cztery wiatry, które przywitały nas tak, że całym samochodzikiem z nami w środku rzucało od prawego do lewego a widoki były aż na kilka metrów.

Żeby nie było gołosłownie na zdjęciu poniżej czułe bieszczadzkie przywitanie. Na szczęście lubię zimę i mogę nawet powtórzyć to zdanie jeszcze raz - lubię zimę zwłaszcza jak pada śnieg. Czekam teraz na lincz i sama podkładam głowę pod topór.



Będąc niedawnemy czasy na nizinnej imprezie imieninowej rozmowa zeszła na temat ludzi zamieszkujących Bieszczady i jedna z osób użyła wobec nich sformułowania ”dziwolągi” w pozytywnym sensie oczywiście. Legendarne i wcale niewyssane z palca są opowieści o ludziach, którzy wyszli z domu do kiosku lub innego obiektu handlowego ileś tam lat temu i zostali w Bieszczadach do dzisiaj. Mówi się, że głównie w latach 60-tych i 70-tych przybywali w nie ci, którym życie nigdzie nie wychodziło a tam zaczęło się wreszcie udawać. Nie chcę za mocno gloryfikować, bo nie są to Bieszczady z tamtych lat i widzieliśmy wielu idących mało stabilnym krokiem, będących na wspomagaczach już o bardzo wczesnym bieszczadzkim poranku, zupełnie niedoceniających piękna tego poranka.

Podobno, jest tam najwięcej w Polsce pracowni malarskich, rzeźbiarskich, garncarskich i temu podobnych, które są dodatkowym a często głównym źródłem dochodu, czyli masowo przyciągają tzw. artystyczne dusze. Byliśmy już w kilku takich miejscach, ale ponieważ nie prowadziłam jeszcze bloga to pominę je milczeniem.

Tym razem odwiedziliśmy pensjonat, gdzie gospodarz „dziwoląg” upatrzył sobie bibułę i tworzy z niej rzeczy, które przeciętnemu zjadaczowi chleba raczej nie przemkną przez myśl   www.bazyle.pl . Osobiście bibuła kojarzy mi się z palmami wielkanocnymi lub z lekcjami ZPT, na których trzeba było stworzyć np. zwierzaka i to nie było najgorsze, bo w ostateczności mogło wyjść coś, co występuje choćby na sąsiednim kontynencie gorzej było z człowiekiem. Poniżej kilka zdjęć rzeczy zrobionych z bibuły, które zdecydowanie są podobne do tego, czym są naprawdę.



Śnieżny bukiet na tle śnieżnej zimy.


Bombki choinkowe.


Jeszcze jeden bukiet.


No i hit - suknia ślubna, którą tworzyło kilka osób przez około cztery miesiące na tle zasłon też z bibuły. Niestety nie popisałam się dobrym ujęciem na tym zdjęciu.


Zrobiłam też kilka fotek nie tyle pięknych bieszczadzkich widoków, bo ile można, ale tzw. otaczającej rzeczywistości, której na nizinach jakoś nie daje mi się wtłoczyć w obiektyw, bo wszystko rozgrywa się za szybko a refleks jest już za rozsądny na takie wysiłki. Technika moich zdjęć to oddzielny temat tym bardziej, że wiele tajników obsługi mój aparat zabierze kiedyś ze sobą na zawsze jako wielką tajemnicę.



Rysa na człowieku, czyli jedna z rzeźb stojąca nad Zalewem Solińskim. Jestem pewna, że podczas procesu powstawania tego człowieka nie było rysy. Był gładki i rzetelnie zrobiony a powstała rysa wyłoniła się z czasem i kojarzy mi się z czymś dziwnie znajomym. Może z życiem.



Królewski żebrak tak nazywałam tego łabądka, bo jak tylko mnie zobaczył ruszył kręcąc  słodko kuprem jednak minę miał niedostępną jak prawdziwy macho po czym klapnął w to komfortowe błotko a kiedy wyciągnęłam rękę zasyczał coś w stylu: dajcie coś na ząb i spadajcie do swoich kaloryferów mieszczuchy, co zrobiliśmy skwapliwie jak tylko wchłonął całą bułę, bo mocno zionęło chłodem od jeziora i łabądek dobrze wiedział, co mówi i gdzie jest miejsce takich mięczaków no i  potrzebował spokoju do strawienia buły.


Czarny bieszczadzki kot z prawego profilu na tle błękitnego bieszczadzkiego nieba lub może być też czarny kot z prawego profilu pod dowolnym błękitnym kawałkiem nieba.



Cień mojego ciała wkomponowany w cień drzewa z tradycyjnie już wyciągniętą ręką w geście pokoju. Wierzcie lub nie, ale się uśmiecham.



Kot kontrastowy do czarnego, nizinny, którego uchwyciłam w takiej nietypowej aureoli lub bardziej przyziemnie jako pięciouszny króliczek wielkanocny. Miałam na to zdjęcie kilka sekund, bo potem gość się przemieścił i byłaby klapa. Zdaje się slogan - „zatrzymać chwile” oznacza takie właśnie chwile. 



I odrobina ekshibicjonizmu żeby nie było tak anonimowo, ponieważ anonimowość nie jest zgodna z zasadami marketingu a komercha dopadnie każdego wcześniej czy później. To ja, co prawda nie z ostatniego wyjazdu, bo tam chodziłam opatulona nie do rozpoznania natomiast to zdjęcie jest istotne z punktu widzenia mojej charakterystyki osobowościowej, ponieważ odzwierciedla mój stosunek do słodyczy i baton w rozmiarze XXL, który pałaszuję z miną jakbym była w innym świecie oddaje w pełni moje upodobania. Zwykle nie chodzę w okularach jedynie w górach, gdzie wreszcie chcę widzieć jak należy lub jak chcę ukryć zmarszczki.


Nie może obyć się też bez żadnego wytwora dekupażowego. To jest doniczka w nietypowym kształcie, którą zrobiłam dawno temu i z pewnością dorobię do niej jeszcze coś. Na razie jest to doniczka do zadań specjalnych, ponieważ nie robi za doniczkę, ale za pojemnik na piloty. Wiem to haniebne zajęcie, ale w przyszłym życiu wróci do funkcji, do jakiej została powołana. 


I jeszcze pierwsze candy, na które zapisałam się u Marty z blogu deco-pasja.blogspot.com bo ślicznościowe ma rzeczy do rozdania a potem znikam, bo muszę wykorzystać pokłady energii, które świeżo nabyłam, a które jeszcze się tlą. Introwertyczka, czerpiąca energię ze świata wewnętrznego, czyli zdaniem niektórych masakra. 


Życie sobie gmatwasz biorąc maskę za twarz.


czwartek, 03 marca 2011
 

To będzie chyba najdłuższy wpis w historii bloxa, ale będzie też sporo zdjęć, więc może da się przebrnąć. Obiecuję, że kiedyś nie odezwę się ani słowem.

Ponieważ moje malkontenctwo z ostatniego wpisu zostało nieco zganione w komentarzach, więc postanowiłam, że nie będę dokonywać wpisów, gdy duszę trawi smutek a myśli błądzą po bezdennych zakamarkach duszy w poszukiwaniu ukojenia. W końcu taki pakiet genetyczny mi został przydzielony a zawsze mogło być gorzej. Dla odmiany trochę frustracji będzie pod koniec.

Wracając do tematu wiodącego zauważyłam, że od pewnego czasu róże odłogiem leżą u mnie i poza leciwym kuferkiem dawno nic nimi nie okleiłam a przecież róże to królewskie rośliny i należny jest im szacunek. Tak po długim rozstaniu wrzuciłam je na taki mały komplecik, bo i róże, którymi ozdobiłam ten komplecik są małe, gdyż nie zauważyłam po raz kolejny, że nie ten format serwetki zamówiłam. Trzeba będzie zamówić następne wszak nie chodzi o to żeby złapać króliczka, ale by gonić go, choć jestem przeciwna jakiejkolwiek formie dokuczania zwierzętom.







Powyżej różany komplecik w nadkomplecie i znowu jak przystało na urzędniczkę kilka stempli przystawiłam. Koszyczek był różowy i jeszcze na dokładkę się ubrudził a ponieważ jest ze sznurka to nie można go było tak po prostu wyczyścić, więc jego być albo nie być wisiało na włosku. Teraz jego los nie jest zagrożony.

Natomiast poniżej komplecik słoneczny, który  ignoruje kolejność pór roku, ponieważ chciałam żeby nawet nie wiosną, ale od razu latem zapachniało a przy okazji odrobiną optymizmu. Inwencja przy nim polegała na postarzeniu boków i po raz pierwszy pochlapaniu kropek. Dość długo odkładałam te kropki na potem a nie należy nic odkładać na później albo na potem, bo może się zdarzyć, że nie tego będzie potem albo później. Poza tym czułam się jak dziecko, któremu wreszcie pozwolono się trochę pobrudzić.
Kilka kadrów z życia Romana z dialogiem wewnętrznym na tle słonecznego kompleciku.


Przecież tylko ślicznie patrzę.


No, ale tam coś wisi. Nie dam rady. Muszę przynajmniej powąchać. Będę delikatny.


Powąchać i dotknąć. Ale fajne.


Oj tam. Biorę w obroty. Przecież nikt nie widzi.


A skoro o porach roku mowa wkrótce zakwitną białe bzy i trzeba będzie wziąć byka za rogi, bo działka się zacznie a tam do obróbki czekają trzy kredensy (mam nadzieję, że jeden wkrótce wyłoni się z tumanów kurzu jak afrodyta z piany), sześć stolików, dwie trzydrzwiowe szafy, szafeczka krawiecka z milionem zakamarków….chyba to wszystko. Warunek jest taki, że już nikt nic nam nie podrzuci, bo potrzeba bezpłatnego wydłuży się o kolejne pół roku. Zresztą i ja zanim wyrzucę teraz jakikolwiek najbardziej dziadowski mebel czy bibelot przyglądam  mu się przez lupę, bo może da się jeszcze coś z niego wycisnąć poprzez zabieg pielęgnacyjny lub rehabilitacyjny i zyskać unikat na skalę światową z odrobiną własnej emocji i inwencji.

No, więc jak zacznie się działka nasza małżeńska spółka zoo weźmie się za skrobanie, szlifowanie, szpachlowanie i inne zbliżone duchem zajęcia zagryzając w biegu suchą bułą i popijając zupką z torebki w kreacjach mocno odstających od najbardziej pozbawionego stylu pokazu haute couture wyciągniętych z mojego zdekupażowanego pawlacza.

 W ten sposób poznajemy z małżonkiem swoje predyspozycje osobowościowe oraz eliminujemy czynniki zakłócające przez właściwe kształtowanie dziennego rozkładu zajęć. Niestety zasady netwoorkingu nie działają, bo w okolicy rzadko pojawia się jakikolwiek człowiek, ale z góry zaplanowana wydajność pozwala nam na osiągnięcie celów. I jeszcze w ramach dalszego rozwoju osobistego zamierzam po raz pierwszy w życiu zabawić się w rolniczko-ogrodniczkę. W końcu nie możemy okładać się pampersami powiedział w jednym z wywiadów Dariusz Michalczewski i my też musimy być twardzi i otwarci na propozycje, które dyktuje nam nasze wnętrze. Oj chyba będzie jazda.

 Co za choroba żeby z własnej nieprzymuszonej woli nurzać się w ziemi, kurzu, farbie i śmierdzących rozpuszczalnikach a nie ekscytować się przebywaniem  w nowoczesnych, marmurowych biurowcach, gdzie jest sterylnie i bezosobowo przy okazji aplikowania sobie codziennej dawki ołowiu w pogoni za rozszalałymi kierowcami MZK, którzy czerpią radość z zamknięcia drzwi przed nosem. Nie wiem czy w epoce znikających zawodów ludwisarzy czy połykaczy ognia i w erze zamrażania ciał w ciekłym azocie lub wódki w tubkach wypada mieć takie poglądy, ale ja takie mam. Odrobinę się uniosłam. Fotka odzwierciedlająca moje uczucia.



Arcydzieło filmowe moim zdaniem - „Dzisiejsze czasy” Charlie Chaplina z Charlie Chaplinem w roli głównej oczywiście. Temat będzie prawdopodobnie aktualny do końca świata a może i dłużej.

Znikam na kilka dni w Bieszczady żeby naładować akumulatory i nie będzie lepienia a malkontenctwo, frustracja i temu podobne zostaną przepędzone na cztery wiatry mam nadzieję. Do następnego razu.

 


Zajmowanie się przez większą część naszego życia, czymś, co nas niewiele zajmuje, prowadzi do niewrażliwości. Ten brak wrażliwości objawia się coraz natarczywiej w naszym życiu. Coraz więcej ludzi umiera na raka, powietrze i żywność są zatrute, a tymczasem wciąż produkuje się szkodliwe związki chemiczne i całą masę niepotrzebnych rzeczy. To napędza koniunkturę przemysłu farmaceutycznego i "biznes się kręci". Jest "wzrost gospodarczy", nawet, jeśli faktyczna jakość życia spada. Jest to cyniczny wyścig, służący jedynie temu, aby zapewnić sobie doraźnie środki do istnienia…

Choć spotykam ludzi, którzy chcą żyć prawdziwie, słuchają tego, co tak naprawdę jest dla nich ważne, co im daje radość. Ludzi, którzy mając jakieś ideały, długo szukają i nie mogą znaleźć sobie atrakcyjnej pracy. Nie znajdują, bo myślą, że ktoś im podsunie ich własną bajkę….

Paweł Listwan fragmenty – „Klub ludzi antykariery”– www.wegetarianski.pl


Pozdrowienia i gratulacje dla wszystkich, którzy dobrnęli do końca.

Grażyna


| < Marzec 2011 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
Moje interesy
Moje prace
Moje ulubione
Mój drugi świat
Sklepy dekupażowe
Sklepy domowe
Z wiejska
Zupełnie inna bajka
PustaMiska - akcja charytatywna
Web Counter
Galeria Unikatu