Znajdziesz tu coś o postarzaniu i ozdabianiu mebli poprzeplatane drobnymi życiowymi przemyśleniami i szczyptą humoru, ale nade wszystko jest to blog poświęcony mojej skłonności do decoupage.

Różne czasem dziwne

sobota, 12 marca 2011
 

Bieszczady o tej porze roku to zgodnie z moimi prognozami kopalnia ciszy, która jest w stanie doprowadzić do równowagi psychicznej każdą formę życia z najwyższym nawet stanem pobudzenia emocjonalnego. Można też zdalnie korygować i symulować własne zachowania w przeszłym lub przyszłym życiorysie, bo nieźle wychodzi to na odległość. Super zabawa szkoda tylko, że na żywym organizmie, we właściwym miejscu i o właściwej porze trudno o takie efekty. Jednak zgodnie z oczekiwaniami frustracje zostały przepędzone na cztery wiatry, które przywitały nas tak, że całym samochodzikiem z nami w środku rzucało od prawego do lewego a widoki były aż na kilka metrów.

Żeby nie było gołosłownie na zdjęciu poniżej czułe bieszczadzkie przywitanie. Na szczęście lubię zimę i mogę nawet powtórzyć to zdanie jeszcze raz - lubię zimę zwłaszcza jak pada śnieg. Czekam teraz na lincz i sama podkładam głowę pod topór.



Będąc niedawnemy czasy na nizinnej imprezie imieninowej rozmowa zeszła na temat ludzi zamieszkujących Bieszczady i jedna z osób użyła wobec nich sformułowania ”dziwolągi” w pozytywnym sensie oczywiście. Legendarne i wcale niewyssane z palca są opowieści o ludziach, którzy wyszli z domu do kiosku lub innego obiektu handlowego ileś tam lat temu i zostali w Bieszczadach do dzisiaj. Mówi się, że głównie w latach 60-tych i 70-tych przybywali w nie ci, którym życie nigdzie nie wychodziło a tam zaczęło się wreszcie udawać. Nie chcę za mocno gloryfikować, bo nie są to Bieszczady z tamtych lat i widzieliśmy wielu idących mało stabilnym krokiem, będących na wspomagaczach już o bardzo wczesnym bieszczadzkim poranku, zupełnie niedoceniających piękna tego poranka.

Podobno, jest tam najwięcej w Polsce pracowni malarskich, rzeźbiarskich, garncarskich i temu podobnych, które są dodatkowym a często głównym źródłem dochodu, czyli masowo przyciągają tzw. artystyczne dusze. Byliśmy już w kilku takich miejscach, ale ponieważ nie prowadziłam jeszcze bloga to pominę je milczeniem.

Tym razem odwiedziliśmy pensjonat, gdzie gospodarz „dziwoląg” upatrzył sobie bibułę i tworzy z niej rzeczy, które przeciętnemu zjadaczowi chleba raczej nie przemkną przez myśl   www.bazyle.pl . Osobiście bibuła kojarzy mi się z palmami wielkanocnymi lub z lekcjami ZPT, na których trzeba było stworzyć np. zwierzaka i to nie było najgorsze, bo w ostateczności mogło wyjść coś, co występuje choćby na sąsiednim kontynencie gorzej było z człowiekiem. Poniżej kilka zdjęć rzeczy zrobionych z bibuły, które zdecydowanie są podobne do tego, czym są naprawdę.



Śnieżny bukiet na tle śnieżnej zimy.


Bombki choinkowe.


Jeszcze jeden bukiet.


No i hit - suknia ślubna, którą tworzyło kilka osób przez około cztery miesiące na tle zasłon też z bibuły. Niestety nie popisałam się dobrym ujęciem na tym zdjęciu.


Zrobiłam też kilka fotek nie tyle pięknych bieszczadzkich widoków, bo ile można, ale tzw. otaczającej rzeczywistości, której na nizinach jakoś nie daje mi się wtłoczyć w obiektyw, bo wszystko rozgrywa się za szybko a refleks jest już za rozsądny na takie wysiłki. Technika moich zdjęć to oddzielny temat tym bardziej, że wiele tajników obsługi mój aparat zabierze kiedyś ze sobą na zawsze jako wielką tajemnicę.



Rysa na człowieku, czyli jedna z rzeźb stojąca nad Zalewem Solińskim. Jestem pewna, że podczas procesu powstawania tego człowieka nie było rysy. Był gładki i rzetelnie zrobiony a powstała rysa wyłoniła się z czasem i kojarzy mi się z czymś dziwnie znajomym. Może z życiem.



Królewski żebrak tak nazywałam tego łabądka, bo jak tylko mnie zobaczył ruszył kręcąc  słodko kuprem jednak minę miał niedostępną jak prawdziwy macho po czym klapnął w to komfortowe błotko a kiedy wyciągnęłam rękę zasyczał coś w stylu: dajcie coś na ząb i spadajcie do swoich kaloryferów mieszczuchy, co zrobiliśmy skwapliwie jak tylko wchłonął całą bułę, bo mocno zionęło chłodem od jeziora i łabądek dobrze wiedział, co mówi i gdzie jest miejsce takich mięczaków no i  potrzebował spokoju do strawienia buły.


Czarny bieszczadzki kot z prawego profilu na tle błękitnego bieszczadzkiego nieba lub może być też czarny kot z prawego profilu pod dowolnym błękitnym kawałkiem nieba.



Cień mojego ciała wkomponowany w cień drzewa z tradycyjnie już wyciągniętą ręką w geście pokoju. Wierzcie lub nie, ale się uśmiecham.



Kot kontrastowy do czarnego, nizinny, którego uchwyciłam w takiej nietypowej aureoli lub bardziej przyziemnie jako pięciouszny króliczek wielkanocny. Miałam na to zdjęcie kilka sekund, bo potem gość się przemieścił i byłaby klapa. Zdaje się slogan - „zatrzymać chwile” oznacza takie właśnie chwile. 



I odrobina ekshibicjonizmu żeby nie było tak anonimowo, ponieważ anonimowość nie jest zgodna z zasadami marketingu a komercha dopadnie każdego wcześniej czy później. To ja, co prawda nie z ostatniego wyjazdu, bo tam chodziłam opatulona nie do rozpoznania natomiast to zdjęcie jest istotne z punktu widzenia mojej charakterystyki osobowościowej, ponieważ odzwierciedla mój stosunek do słodyczy i baton w rozmiarze XXL, który pałaszuję z miną jakbym była w innym świecie oddaje w pełni moje upodobania. Zwykle nie chodzę w okularach jedynie w górach, gdzie wreszcie chcę widzieć jak należy lub jak chcę ukryć zmarszczki.


Nie może obyć się też bez żadnego wytwora dekupażowego. To jest doniczka w nietypowym kształcie, którą zrobiłam dawno temu i z pewnością dorobię do niej jeszcze coś. Na razie jest to doniczka do zadań specjalnych, ponieważ nie robi za doniczkę, ale za pojemnik na piloty. Wiem to haniebne zajęcie, ale w przyszłym życiu wróci do funkcji, do jakiej została powołana. 


I jeszcze pierwsze candy, na które zapisałam się u Marty z blogu deco-pasja.blogspot.com bo ślicznościowe ma rzeczy do rozdania a potem znikam, bo muszę wykorzystać pokłady energii, które świeżo nabyłam, a które jeszcze się tlą. Introwertyczka, czerpiąca energię ze świata wewnętrznego, czyli zdaniem niektórych masakra. 


Życie sobie gmatwasz biorąc maskę za twarz.


piątek, 31 grudnia 2010


Z okazji zbliżającego się wielkimi krokami Nowego Roku 2011 życzę wszystkim odwiedzającym mojego bloga pasjonatom wszelkich branż trafnego wyrażania siebie w swoich pracach, wspaniałych pomysłów oraz przekraczania kolejnych wyznaczonych sobie granic a wszystkim, którzy to właśnie czytają radości wszelakiej, wyłącznie ciekawych i wartościowych ludzi na swojej drodze oraz dużo bąbelków w szampanie i kogoś kto zrobi śniadanie.
piątek, 24 grudnia 2010


Wigilia


Podano do stołu

- cisza
Łamano opłatek
- szept
Potem zapalono świece
- drżenie
Na pustym miejscu przysiadł się cień
- nadzieja
A potem znowu była cisza
I świece jakby się w sobie skuliły
- samotność
.

Niestety nie znam autora tego wiersza, ale nawiązując do niego życzę wszystkim odwiedzającym tego bloga aby nie czuli się samotni w taki szczególny dzień jak dzisiaj i żeby spędzili święta tak jak to sobie wymarzyli.

Grażyna



niedziela, 05 grudnia 2010

Postanowiłam dziś sobie trochę pourągać, bo zauważyłam dopiero teraz, że w poprzednim wpisie na poprzednim komplecie wstążki są jedna w te, druga w tamte, co prawda było minęło, ale sie robi i sie nic nie widzi - taka głęboka myśl mnie naszła.

Co do teraźniejszości miał być znowu komplet tym razem rustykalny bury i ponury, ale nie wyszło, bo dzisiaj doniczka się stłukła i żebym jej choć jedno zdjęcie zrobiła. Właściwie zdjęcie zrobiłam super jest nieprawdaż?




Ponieważ wyjeżdżam służbowo na kilka dni to nie będę mogła dorobić doniczki i może mi się nie chcieć, bo nudzi mnie odrobinę drugie podejście do tego samego. Oj wredny miałam humorek z rana, bo żeby była nieobrobiona, ale oczywiście stłukła się już prawie skończona, wypacykowana właśnie miałam ją lakierować ostatni raz. W każdym razie bardzo mi się dusza radowała, gdy pracowałam nad tym kompletem mieszałam brudne brązy i zielenie, które bardzo lubię zwłaszcza, że ostatnio na blogu wygląda jakbym tylko w pstrych rzeczach lubiła robić.


Nie z tej beczki.....

To żeby trochę było weselej druga odsłona Romana – kota palikota.


Śpiącego w haftach i koronkach

 

przy rurze od odkurzacza


i wreszcie w swoim domku.



Śmierć uśmiecha się do wszystkich jedyne, co możemy zrobić to też uśmiechać się do niej.


Moje małe obsesje

Jestem w posiadaniu kilku małych obsesji i dzisiaj o jednej z nich. Ten dziwny cytat nie pochodzi z mojego szczenięcego zeszytu tylko z filmu  Gladiator, który oglądałam wczoraj w jedynce jeszcze nie setny raz, ale niewiele brakuje - część dialogów znam na pamięć. Posiadam trzy płyty z muzyką z tego filmu: piracką, oryginalną a ponieważ okazało się, że się różnią scaliłam je w trzecią z najlepszymi kawałkami. Po zakupie pierwszej płyta w kompakcie tkwiła około roku a kto wyjął, bo miał ochotę posłuchać czegoś innego miał obowiązek umieścić ją tam z powrotem. Po około półtora roku można było wreszcie zmienić płytę, ale nadal wraca jak bumerang mimo kolejnych odkryć muzycznych. Nie  umiem opisać jak bardzo mi się podoba, bo to, że bardzo nie oddaje w tym przypadku nic. Po prostu obsesja.   

wtorek, 14 września 2010

Stało się. Jak idę na urlop mam wrażenie, że ta straszna chwila powrotu nigdy nie nastąpi a w każdym razie na pewno nie szybko. A tu proszę mam wrażenie (zapewne jak większość urlopowiczów), że to był moment.

Ale jeszcze chwila dla wspomnień. Ponieważ bardzo lubimy z mężem Bieszczady jeździmy tam do maleńkiej miejscowości, która nazywa się Krzywe i mieszkamy na kwaterze o nazwie Sokole Pole. Gdy pierwszy raz zobaczyłam to miejsce nie mogłam uwierzyć w taką ciszę i tyle piękna na raz. Kilka fotek, aby pokazać klimaty tego miejsca.




Widok z tarasu na Krzywe.


I z tarasu z drugiej strony domu.


Oczywiście trochę chodzimy po górach. Jeśli o mnie chodzi lubię być na szczycie góry, ale żeby się na nią wspinać to niekoniecznie wie coś o tym mój małżonek, który ciągle gdzieś czeka na ciągnący się ogon, czyli mnie (żeby było śmieszniej zdarza mu się zaliczyć baardzo wysokie szczyty górskie). Zwykle wyprzedzają nas dzieci, emeryci pewnie też niektórzy renciści. W tym roku wymyśliłam żeby było mi łatwiej, że podczas podchodzenia będę myślała o decoupage. I rzeczywiście ta metoda działa, ponieważ zapominam o trudach podchodzenia i wymyśliłam wdrapując się na Smerka chytry plan na pewne pudełko. Poniżej kilka zdjęć z górskich wycieczek.


Górskie widoki

Mężowe górskie zamyślenia.

Górskie kreacje.


Górska zastawa stołowa.


Również w tym roku postanowiłam podarować naszej gospodyni coś zdekupażowanego i pod jej nieobecność zrobiłam na terenie domu (wiem, wiem nieładnie) kilka fotek moich wyrobów. I tak moje wytwory w rustykalnym klimacie na tle pięknego widoku z tarasu z Sokolego Pola, na płocie i na tle pomalowanego przez gospodynię artystycznego wychodka (obecnie nieużywanego), czyli krótko mówiąc - moje decoupage w plenerze.





I jeszcze jedno nasza gospodyni, czyli Uleńka. Na zdjęciu poniżej tego nie widać, ale w środku tego kombinezonu jest nasza bieszczadzka gospodyni z Sokolego Pola. Wiem to na pewno, bo zdjęcie robiłam jej osobiście.



Bieszczadzka gospodyni

 

| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
Moje interesy
Moje prace
Moje ulubione
Mój drugi świat
Sklepy dekupażowe
Sklepy domowe
Z wiejska
Zupełnie inna bajka
PustaMiska - akcja charytatywna
Web Counter
Galeria Unikatu