Znajdziesz tu coś o postarzaniu i ozdabianiu mebli poprzeplatane drobnymi życiowymi przemyśleniami i szczyptą humoru, ale nade wszystko jest to blog poświęcony mojej skłonności do decoupage.
piątek, 03 września 2010
 

Jak do tej pory zawsze dziwnie patrzyłam na ludzi, którzy grzebią w śmietnikach, wiem, że są biedni i bezdomni, ale nie o tych mówię. Jednak, od kiedy sama po świętach przyniosłam ze śmieci dwa wielkie drewniane kosze rozglądam się bacznie (mąż mówi, że jak z nimi wróciłam do domu śmiała mi się każda część twarzy łącznie z uszami).




Pierwszy byłby ładniejszy, ale nie jest. Widać brzydkie zażółcenia. To były zupełne  dekupażowe początki, a ja chciałam mieć kosz matowy, pomalowany lakierem matowym (jeszcze wtedy nie wiedziałam, jakie rodzaje lakierów są na świecie). Małżonek poradził mi żebym użyła matowego lakieru poliuretanowego, który stał w domu w dużej ilości. Od tamtej pory go nie słucham. Oczywiście w sprawach decoupagu.




Jeszcze kosz z dzbankiem pomalowanym również lakierem poliuretanowym.



Weranda Cafe tak nazywa się knajpka w Podkowie Leśnej, która natchnęła mnie do zrobienia drugiego kosza i to właśnie jej logo wycięte z serwetki znajduje się na tych rzeczach. Początkowo kosz wyglądał skromnie, był jasny, delikatny, różany, ale potem uznałam, że mam ochotę go postarzyć i udało się. Postarzyłam go bardziej niż potrafi to, zrobić moja, idolka Marina Nikulina. Ona postarza pięknie i skutecznie, ale myślę, że moja taca wygląda na wyprodukowaną jakieś 50 lat przed jej wyrobami.



Na co dzień oba kosze służą do przechowywania przyborów do decoupage i ich uroda jest bardzo głęboko ukryta.



 

Jeszcze takie pudło zrobiłam na przybory, ale to wszystko mało.



I słoiki po kawie z logiem Werandy Cafe. Słoiki robiłam niedawno, bo o cieniowaniu też nie słyszałam na początku.



wtorek, 31 sierpnia 2010

Lubię dekupażować pudełka pewnie większość osób zajmujących się tym lubi. Kosztują dużo pracy, ale można się wyszaleć. Można zrobić przód, można zrobić środek a jak się ktoś uprze to i tył. Poniżej moje pierwsze pudełko. Nie piękne, ale też może i nie najbrzydsze przyozdobione serwetką, która niestety już zniknęła ze sklepików, na dolnej części nalepiony pasek z ozdobami do paznokci. Ma tylko jeden feler przestało się otwierać pod wpływem moich zabiegów upiększających, nawet widać, że się do niego dobierałam nożyczkami.




Następne już w porządku otwiera się. Na dowód robię też zdjęcia środka.





Trzecie stało przez wiele lat w kącie bure i zakurzone aż zostało ponownie odkryte  - przywilej nowych dekuapżystów, którzy mają zapasy staroci, które jeszcze nie zostały niczym oblepione.






Poza tym mam w zanadrzu trzy wielkie pudła do zrobienia (mąż przytargał). W środku jednego z nich była wielka butla orzechówki o pięknej płaskiej powierzchni, po której wypiciu ją oczywiście zdekupażuję (nie tuż po wypiciu), ale kolejka jest straasznie długa. 


 

Ramki zaczęłam od różyczek, nutek i aniołków, które jak większość pań bardzo lubię, ale po jękliwym komentarzu męża postanowiłam "ewoluować" (czytaj: chwilowo zaniechać naklejania na kolejne ramki różyczek, nutek i aniołków ze względu na wyczerpanie odporności męskich oczu na oglądanie kolejnych ramek z różyczkami, nutkami i aniołkami ponieważ z każdego możliwego pudła wyzierają serwetki z różyczkami, nutkami i aniołkami, które to różyczki, nutki i aniołki są przeze mnie bardzo lubiane jak to napisałam w wierszu pierwszym tego wpisu, a na dowód tego można zobaczyć, że wiele kolejnych prac na tym blogu jest oblepionych różyczkami, nutkami i aniołkami uff….) Pierwszy komplet to my i nasze polskie góry i potoki wciśnięte w ramki ozdobione właśnie różyczkami, nutkami i aniołkami, zdjęcie drugie ramki z innym motywem.




I jeszcze poniżej kilka obrazków, które wykonywałam na różnych stopniach zaawansowania dekupażowego.





środa, 25 sierpnia 2010

Kiedy chcę coś zrobić na już, bo przecież wspomniałam, że jestem zapaloną głową lepię sobie puszkę po karmie dla psa, niedawno też dla kota, ale wzięło i zdechło moje kochane, stare kocisko (musiałam to napisać) lub po fasoli - taki dekupażowy recykling. Mogę sobie wówczas popląsać (czytaj: nie bać się, że coś nie wyjdzie) we wszystkich wzorach, kolorach i stylach poza papierem, bo za gruby. Jeśli nie wyjdzie to trudno, ma być szybki efekt a jak nie to do kosza. Zrobiłam tych puszek całą masę, trochę rozdałam znajomym w komplecie z podkładkami do kawy. Spełniają swoja rolę doskonale, bo trzymam w nich jakieś przybory do decoupage, bo, do czego by innego.

Natomiast dziadostwo polega na tym, że ponieważ mieszkam z mamusią to nie mogę tak sobie wyrzucić czegoś, co mi się nie podoba (uwierzcie mi, że nie chodzi o dzieła sztuki). Mam do wyboru wyrzucić i mieć awanturę albo zdekupażować i być zadowoloną, że nie było awantury i przedmiot stał się jedyny w swoim rodzaju. Najpierw, więc oglądam z każdej strony, bo przecież nie wszystko da się zdekupażować nie cierpię np. plastiku, ale jak już stwierdzę, że dam radę zabieram się za oklejanie dziadostwa. Efekty są oczywiście różne, ale rzadko coś wygląda jeszcze gorzej. Poniżej trochę puszek w różnych komparacjach i trochę dziadostwa. 













wtorek, 24 sierpnia 2010

Chciałabym pokazać szafeczkę na klucze kolorach złota, miedzi i oliwki ze wzorem rajskiego ogrodu na papierze do scrapbookingu. Przeszła kilka różnych metamorfoz jej droga do takiego wyglądu była dłuuuga a w rezultacie wygląda tak. Zawsze po kilku rustykalnych stonowanych pracach mam ochotę na coś kolorowego i bogatego, więc padło na złoto.





piątek, 20 sierpnia 2010

Zostałam zmuszona do „wielkiego”, dekupażowania ponieważ w spadku po dziadku odziedziczyłam trochę mebli (szlifowania na całe dwa lata chyba, że wezmę urlop bezpłatny). I tak chciałabym pokazać stolik i krzesła, które zrobiłam na wstępie. Oczywiście nie do końca jestem zadowolona, bo jestem zapaloną głową i chciałabym wszystko na już, w związku, z czym kiepsko dobrałam farbę do cieniowania na blacie stolika. Właściwie to dobrze dobrałam, ale nie o to mi chodziło. Jest trochę zbyt pomarańczowa zamiast brązowa, taki trochę gorejący stolik, ale jak na pierwszy mebel może poudawać, że tak miało być. Krzesła przy nim wyszły trochę smutne i widoczne są na nich gwoździe. Jak szlifowałam i malowałam bardzo mi się podobały te gwoździe, były takie rustykalne i w rzeczywistości wcale mi to nie przeszkadza, ale na zdjęciu jakoś dziwnie.

Na końcu krzesło, które nie ma pary, więc postanowiłam trochę poszaleć i zrobić je w żywszej wersji niż poprzednie i udało się. Nawet je wycieniowałam i cienie wyszły pięknie, więc postanowiłam żeby były jeszcze piękniejsze i pocieniowałam jeszcze bardziej i wszystko zepsułam. W pierwszej wersji były ładniejsze.

Mam nadzieję, że na jesieni powstanie z ruin stary kredens kuchenny i mam nadzieję, że wyjdzie na tyle dobrze żeby go pokazać. Postaram się żeby nie był „gorejący”.




















Tym razem chciałabym pokazać kilka zdjęć łazienki, w której dokonaliśmy z mężem pewnych działań. Jest ona naszym małym eksperymentem, który chcielibyśmy jeszcze zastosować w przyszłości, ponieważ powiem nieskromnie, że bardzo podoba nam się efekt. Wszystko wyszło zgodnie z planem, dzięki konsekwencji, której zastosowanie daje często lepsze efekty, niż zastosowanie drogich materiałów. Nie mogę zrobić zdjęcia w całości, bo łazienka jest za mała, więc tylko poszczególne elementy, które malowałam techniką tzw. suchego pędzla. Technika ta banalna wręcz w wykonaniu bardzo mnie fascynuje, bo lubię wszelkiego rodzaju przecierki, postarzenia, niedociągnięcia. W tle trochę zdekupażowanych drobiazgów. Malowałam i ozdabiałam, małżonek dokonał remontu generalnego i jest to nasze wspólne dzieło.

Zdjęcie na końcu to waga pomalowana również techniką suchego pędzla, którą przedtem szlifowałam, zdzierałam i odrapywałam z kilkunastu warstw farby, bo nikt tego nie robił od czasów wojny a może i dłużej, bardzo żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia przed jej remontem.



Metalowy wieszak. Metal jest bardzo wdzięcznym materiałem do malowania suchym pędzlem.












Kącik toaletowy oraz ja i moja widzialna dłoń w geście pokoju.


Wspomniana waga.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Fascynują mnie wzory toile de jouy. Bardzo podoba mi się ich idylliczny, sielski klimat i nie wiem, czemu ale przypomina mi się dzieciństwo, choć nie wydaje mi się, aby w poprzedniej epoce te francuskie wzory były szczególnie modne i obecne w życiu codziennym. Na razie nie posiadam ich w wielkiej różnorodności, ale śledzę pilnie sklepiki i będę kontynuować ich kolekcjonowanie. Są to wzory dość pracochłonne zwłaszcza przy wycinaniu i niestety widać w niektórych miejscach mój brak doświadczenia, bo nie przewidziałam, że będzie to tak widoczne po naklejeniu. Nie zraża mnie to jednak i napewno będę wracać do tematu.



Pierwszy toile jaki zrobiłam. Postarzyłam aż do bólu.



Bardzo stare garnki.






Tyle się narobiło.


Jakby demoniczny toile ale moim zdaniem nawiązuje do tematyki.


Druga odsłona demona.

Poniżej kilka zdjęć toila wyszperanych z różnych źródeł.



 




Początki zwykle są trudne. Z tym początkiem było tak samo był trudny. Ale ponieważ przez ostatnie kilka lat życia bardzo samą siebie zadziwiam, ponieważ dopinam do końca duże cele (dla mnie duże) dopięłam również tego celu, czyli założyłam bloga. Sporo musiałam w sobie przetrawiać za i przeciw, a potem przedzierać się przez różne problemy i problemiki techniczno-informatyczne, które mnie nie fascynują. A wszystko to przez decoupage, który z kolei fascynuje mnie bardzo. Miało być dość prosto jak mi powiedziała koleżanka, która też między innymi dekupażuje - "pomalować, nalepić i już". To i "już" brzmi mi cały czas w uszach, ponieważ od kiedy zaczęłam to robić wiele rzeczy w moim życiu stanęło na głowie.

W domu gdzie wzrokiem sięgnąć akcesoria do decoupage, ciuchy tak ważne kiedyś ustąpiły miejsca pudłom, lakierom, farbom, tacom drewnianym, tacom blaszanym. Zdrowia nie przybywa, bo urzędniczy kręgosłup strzyka jeszcze bardziej, kolejne okulary będą wkrótce niezbędne, a kalorie dzielnie trwają na swoich miejscach, bo i gdzie miały by się podziać przy naklejaniu serwetek? Ponadto często mam wrażenie, że wiele czynności, które wypada robić w życiu kradną mi tylko czas, i jeszcze dobrze, że nie wiem ile na to wydałam, bo nie jest to tanie hobby.

Korzyści? Owszem są. Dopiero teraz rozumiem różnicę między zainteresowaniem a pasją, ponieważ mimo wielu zainteresowań nigdy nic nie wciągnęło mnie tak bardzo i nie rzucam tego mimo różnych wpadek, bo moja technika woła często o pomstę. Od kiedy się tym zajmuję wiele rzeczy straciło na znaczeniu, wieloma przestałam się przejmować np. kilkoma kilogramami nadwagi, które co dziwne miałam nawet wtedy, kiedy ważyłam te kilka kilogramów mniej. Ale jedną z ważniejszych rzeczy, jakie zyskałam jest to, że znalazłam zajęcie równoważące bezbarwny urzędniczy świat, właściwie to więcej, zapominam o całym świecie. Tyle wstępu i psychoanalizy.

Przedstawię kilka moich pierwszych prac, których się nie wstydzę. Zaczęłam swoją działalność od przedmiotów, które miały być wyrzucone zapewne większość początkujących tak zaczynała. Były nieciekawe i zagracały dom. Teraz zyskały zupełnie nowe oblicze, ograniczeniem jest tylko własna wyobraźnia i oczywiście umiejętności.



Któż nie zaczynał od róż.

Dalej róże.

Nie będę oszukiwać tło na tej konewce było już gotowe.

Aniołki i róże.

Aniołki bez róż.

Tylko aniołki.

No i oczywiście lawenda.


1 , 2 , 3 , 4
 
| < Kwiecień 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
O autorze
Zakładki:
Moje interesy
Moje prace
Moje ulubione
Mój drugi świat
Sklepy dekupażowe
Sklepy domowe
Z wiejska
Zupełnie inna bajka
PustaMiska - akcja charytatywna
Web Counter
Galeria Unikatu